1

„Do szkoły zacząłem chodzić w 1927roku. Szkoła – chyba sześcioklasowa –była wtedy u Skubiszów, niedaleko kościoła,a po wojnie u Lipków. Pamiętam, że w zimie było tam bardzo zimno, więc biegaliśmy grzać się do wielkiego młyna, który był niedaleko. Kierownikiem szkoły był pan Samborski, którego zabili Niemcy. Wywieźli go w czasie wojny na roboty razem z Chromiakiem, właścicielem sklepu. Chromiak przed wojną był znanym adwokatem, znał język niemiecki. Wrócił z tych robót,a Samborski już nie….Szkoda go, bo to był dobry człowiek. Pamiętam, jak ubieraliśmy choinkę w szkole przed Bożym Narodzeniem. Była wielka bieda, więc każdy przyniósł, co mógł – cukierki, ciastka, inne smakołyki. Tuż przed samymi świętami pan Samborski pozwolił zabrać to, co przynieśliśmy do domu, żeby powiesić na swoich choinkach. Wszyscy rzucili się, by zabrać jak najwięcej. Choinka się wywróciła a pan kierownik aż się rozpłakał, tak mu było przykro. Do klasy chodziłem z takim Sposobem, co jest teraz księdzem w Krasewie. On był bardzo mądry, uczony. Ale jak się czegoś nie wiedziało, to nie chciał pomagać. Pomagali tacy, co byli największymi łobuzami. Wytłumaczyli, pomogli w lekcjach. Bo ja dużo opuszczałem, przez całą szkołę chorowałem. Jak byłem mały, potajemnie wykradłem rodzicom rower. Rower to był wtedy wielki rarytas, ale moich rodziców było na niego stać, bo byli bogaci, mieli służących. Jak jechałem tym rowerem, przewróciłem się i kierownica wbiła mi się w pachwinę. Nic w domu nie powiedziałem i rana zaczęła ropieć. Stan był coraz bardziej poważny. Matka szukała dla mnie ratunku – leżałem w szpitalu żydowskim w Warszawie, w szpitalu Dzieciątka Jezus w Lublinie i nic nie pomagało. Przez tę chorobę nie mogłem jeść. Byłem niedożywiony i prawie nie umarłem. Całe życie walczyłem z wrzodami, bo to chyba gruźlica kości była… Moje życie to muzyka. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale jak usłyszałem jakąś melodię, to od razu bezbłędnie ją powtarzałem. Jestem samoukiem. Moim pierwszym instrumentem były organki. Potem marzyłem o skrzypcach. Mój starszy brat, Kazik, zrobił mi takie z deski i drutów i na nich próbowałem swoich sił. Później ojciec kupił mi prawdziwe skrzypce, akordeon, a potem drugi. Mam te instrumenty do dziś. Kiedy mi było smutno, żyć się nie chciało, wyjmowałem harmonię i zaczynałem grać. Wtedy zapominało się o wszystkich kłopotach. Teraz już nie mam siły utrzymać instrumentu, chociaż serce aż się rwie do muzyki…”

Ze wspomnień

Władysława Zienkiewicza,

jednego z najstarszych mieszkańców

wsi Ulan Duży (rocznik 1921)

 2

„Nie jestem rodowitą Stocczanką. Pochodzę z okolic Łomży a przeprowadziłam się tutaj w 1949 roku, kiedy wyszłam za mąż. Wiem jednak dużo od mojej teściowej, Aleksandry Zabielskiej- -Polkowskiej, która była znaną w okolicy akuszerką. Ludzie ją cenili za to, co robi. Wiele dzieci urodziło się nawet w naszym starym domu. Teściowa kochała wszystkie dzieci, które sprowadziła na świat; pieszczotliwie nazywała je „wnuczkami”. W czasie wojny szkoła była u nas, na naszym placu, w miejscu, gdzie mój wnuk zbudował dom. Znajdowała się w takim drewnianym budynku. Lekcje nie mogły odbywać się w miejscu do tego przeznaczonym, bo nowo wybudowaną szkołę zajęli Niemcy. Urządzili sobie tam szpital dla swoich rannych żołnierzy. Potem ten budynek uległ zniszczeniu i szkoła musiała być po wojnie odbudowana.”

Ze wspomnień

Jadwigi Polkowskiej,

jednej z najstarszych mieszkanek

wsi Stok (rocznik 1927)

3

„Miałam 6 lat, kiedy umarła mi mama. Mój brat, Józio, trzy. Zostaliśmy sami z tatą. Żeby nie babcia, która nas wychowała, byłoby z nami kiepsko, bo ojciec strasznie rozpaczał. Babcia była dla nas dobra, ale ja byłam okropnie nieśmiała… Do szkoły w Ulanie zaczęłam chodzić, jak miałam 8 lat, w 1937 roku. Do pierwszej klasy chodziłam do Dminina, a potem mój tata, Mieczysław Szmulik, który był sołtysem, zadziałał, żeby dzieci z Klębowa mogły chodzić do szkoły do Ulana, która była u Gajdów. Pamiętam, że była drewniana, miała cztery izby. Dzieci uczyły się na zmiany; wiem, bo często przychodziłam za wcześnie i musiałam czekać, aż starsze skończą się uczyć. Kiedy był duży mróz, pani Samborska, nauczycielka, pozwalała mi poczekać w środku. W szkole czasami trochę przepalali w piecu kaflowym, więc było cieplej. Do szkoły z Klębowa wszyscy musieliśmy chodzić na piechotę, a to trochę kilometrów było… W pamięci mi utkwiło, że nie uczyliśmy się z książek, tylko były stery*. Jakieś wierszyki, przypowiastki, rymowanki. Z przedmiotów to pamiętam polski, rachunki, rysunki i przyrodę. Innych przedmiotów chyba nie było. Tuż przed wojną wybudowali nową szkołę, murowaną. Ale Niemcy ją spalili; zamiast okien straszyły wielkie, wypalone dziury. Dopiero po wojnie trzeba było szkołę odbudowywać. Najcieplej wspominam panią Fitzową, która bardzo mnie lubiła. Często stawiała mi piątki i chwaliła mnie do taty, który pękał z dumy. Mam nawet zdjęcie** ze szkoły, na której pani Fitzowa pozuje razem z uczniami, a na rękach trzyma swoje dziecko.”

Ze wspomnień

Marianny Płodowskiej, z d. Szmulik,

jednej z najstarszych mieszkanek

wsi Klębów (rocznik 1929)